Kolejny dzień. Kolejne sekundy, minuty i godziny lecą. Za osiem dni o tej porze mogę być martwa, albo jakimś cudem żyć ukryta w krzakach, w piasku czy w wodzie. Leżąc na tym wygodnym łóżku, powinnam być ogarnięta cudownym stanem zwanym snem. Jednak jest całkiem inaczej. Kiedy tylko zamknę oczy na dłuższą chwilę, mam przed nimi obraz wielu trupów, w tym najbliższych mi osób. Przy moim charakterze nie powinno mnie to bardzo przerażać, ale rzecz w tym, że to ja ich wszystkich morduje z zimną krwią, i szatańskim uśmieszkiem jak i śmieszkiem. Trzymam raz po raz, to inne rodzaje broni. Moje ręce jak i ubranie są calutkie we krwi, lecz ja nadal pragnę tylko śmierci i cierpienia innych. Czy tym mogę się stać na arenie? Czy nie będzie mnie obchodzić fakt, że każdy z tych jakże na swój sposób wyszkolonych ludzi ma jakąś rodzinę, a ja tak bez żadnych skrupułów mogłabym ich zabijać? Nawet tę dwójkę małych dzieci?
Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi. Ze wściekłą miną podeszłam do drzwi i gwałtownie je otworzyłam.
-Czego?!-wydarłam się na pół korytarza. Przed drzwiami stała Johanna.
-Też miło mi Cię widzieć. Ubieraj się. Za piętnaście minut macie stawić się na pierwszym treningu. Pamiętasz co Ci mówiłam?
-Tak, tak. Mam nie ujawniać moich wszystkich zdolności. Mam się tam nauczyć jak przetrwań, a nie jak się zabija.
-Gdyż to umiesz. Ubranie podobno leży w łazience. Za pięć minut w salonie. Ruchy!-Pociągnęła drzwi i zamknęła je z wielkim hukiem. Bez większego zwlekania rozsunęłam zasłony w moim pokoju. Światło wpadający przez okna, raziło mnie niemiłosiernie. Najlepszy sposób na rozbudzenie. Ubrałam kapcie i ruszyłam do łazienki. Johanna się nie myliła. Na jednej z szafek leżało idealnie złożone ubranie. Był idealny na mnie komplet. Bluzka na grubych ramiączkach, w czarnym kolorze z żółtymi fragmentami oraz czarne leginsy i buty jak do wody. Do tego do włosów naszykowana jakaś dziwaczna wielka spinka. Po założeniu wszystkiego na siebie przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam trochę komicznie, ale nie tragicznie. Opuszczając pokój rozmyślałam nad tym jaka może być arena. Zazwyczaj stroje treningowe w małym stopniu ukazują czego można się spodziewać. Po tym co mam na sobie mogę wnioskować, że będzie to coś wodnego z pustyniami? Buty jak już mówiłam do pływania, a dodatki na bluzce w kolorze żółtym jak piasek....Cóż oni wykombinowali?
***
Sala treningowa, jak co roku była remontowana. Nikt prawda, prócz trybutów i organizatorów z danego roku ich nie widzi, ale gdy się tu wchodzi czuć nowością. Pomieszczenie jest bardzo duże. Jest tutaj jak zdążyłam policzyć, około 15 stanowisk. Do wspinaczki, malowania, rozpalania ognia, rzucania nożami, włóczniami, toporami, mieczami, uczenie się sztuk walki, robienia węzłów itp.
Ja i dwadzieścioro-troje pozostałych trybutów staliśmy w rozproszonej grupce. Na twarzach wielu trybutów było widać zniecierpliwienie. Nie dziwię się im. Sama bym chciała chwycić za jakąś broń i cisnąc ja prosto w organizatorów, którzy siedzieli sobie wygodnie na fotelach i pożerali nas wzrokiem. Jednak nie dawał po sobie niczego poznać. W skupieniu oczekiwałam na przyjście babki z ochrony czy z czegoś, która wyjaśni nam jak wszystko tu działa. Wykorzystałam tę chwilę i ogarnęłam wzrokiem wszystkich zebranych. Mój :przyjaciel" z dystryktu stal oparty o filar i oglądał sobie paznokcie. Trybuci z jedynki i dwójki już zawarli sojusz. Podobnie uczynili również z szóstki, dziewiątki i dziesiątki, jednak oni w porównaniu do pierwszej czwórki stali spokojnie i rozmawiali między sobą. Tamci natomiast wrzeszczeli na całą sale i śmiali się jak niewychowana banda zwierząt. Reszta trybutów stała samotnie tak jak ja, lub rozmawiali ze swoimi rywalami z dystryktu. Spuściłam wzrok na ziemię. Jakim cudem mam wygrać w pojedynkę? Cóż albo w ogóle wydostać się stamtąd żywa. Sami sponsorzy mi nie pomogą, bo przecież jak grupka zawodowców mnie otoczy to nie będę miała szans, chyba że nauczę się skakać jak kangur, albo kopać w ziemi jak kret.
Rozmyślając tak nad swoim losem, po raz kolejny nie zauważyłam, że mała Abigail z szóstki przystanęła obok mnie i wbija swoje małe oczko w moja głowę, oraz chłopak z czwórki, jak mu tam? Chuck? Przez cały czas się na mnie gapi. Swój wzrok również, w niego wbiłam, ale po chwili oderwałam go i skierowałam na dziewczynkę. Miło się do niej uśmiechnęłam, jednak nie wyglądało, na to aby uważała mnie za miłą osobę.
-Powiedź mi jak to jest stracić najbliższych, opuścić pozostałych i potrafić się nadal uśmiechać?-Zatkało mnie. Niby skąd ona o tym wiedziała?
-Normalnie.-bąknęłam nadal oszołomiona jej pytaniem.
-Takie zachowanie jest nienormalne. Ludzie po stracie wszystkich których kochali, raczej płaczą i zamykają się w sobie a nie wykazują pozytywne odczucia do innych jak ty.
-Widzę, że wiesz trochę na ten temat. Ktoś kiedyś powiedział mi, że w życiu nie należy się wiecznie smucić tylko po jakimś czasie ruszyć do przodu. Mi zajęło to tylko miesiąc.
-Krótko. Ja do tej pory to wszystko czuję.
-A kogo straciłaś?
-Jak miała pięć lat obje rodziców, a trzy lata później brata i siostrę. Została mi jeszcze schorowana babcia i młodsza siostra, którą musiałam opuścić.-W jej oczach zakręciły się łzy. Nie nienawidzę jak ktoś okazuje słabość. Lata doświadczenie pokazały mi, że takich ludzi szybko się wykańcza. Nie mogę pozwolić aby tej małej coś się stało. Jako jedna na tej sali miała odwagę do mnie podejście, a wiem, że i tak wyglądam na groźną i wszyscy starają się mnie unikać. Kucnęłam aby mieć na nią lepszy widok.
-Ej nie płacz, słyszysz. Jeśli pokarzesz tamtym-pokazałam na zawodowców- że jesteś słaba i do niczego się nadasz, wykończą Cię na samym początku. A chciałabyś wrócić do domu i znów zobaczyć najbliższych, nie?-Kiwnęła głową.-No więc przestań się ślimaczyć i pokaż, że jesteś silna. Pokaż im wszystkich, że stanowisz dla nich zagrożenie, i że nie będzie łatwo im wygrać.-Poklepałam ją stanowczo po ramieniu i wyszczerzyłam zęby jak najładniej umiałam. Nie wyszło mi to najlepiej, ale przynajmniej zaczęła się śmiać.
-Wiesz, jesteś spoko. Wszyscy w okół gadali, ze z ciebie wredna, bezuczuciowa baba, którą zostawią sobie na sam koniec.
-Na prawdę? Kto tak mówił?-zaniepokoiłam się trochę. Sądziłam, że nikt się nie będzie mną interesować i owszem zostawią mnie na sam koniec, ale nie z planem totalnego mordu.
-Wszyscy naokoło. Może i jestem małomówna i nieśmiała, ale umiem podsłuchiwać. A tak przy okazji jestem Abigail.-Podała mi rękę.
-Wiem, ja jest Clarissa.-odwzajemniłam uścisk.
-Ładne imię. Jak mam mówić na ciebie w skrócie?
-Nie mam pojęcia. Wszyscy zawsze mówili do mnie po prostu "Clarissa".
-No, ale wiesz gdybym na arenie Cię w jakiejś sytuacji potrzebowała, to nie wołałabym Cię tak aby wszyscy wiedzieli, że to ty. Ojć wybacz. Nie wiem czy miałabym Cię po co wołać, bo nie wiem czy chciałabyś sojuszu...
-Ej co mówiłam o smuceniu się?-wykrzywiła usta w sztucznym uśmiechu.-Od razu lepiej. A kto powiedział, że nie chcę sojuszu? Może nie należysz do osób, które bardzo pomogłoby mi przeżyć i zapewnić większe bezpieczeństwo, ale lepiej mieć kogoś bliskiego sobie niż nikogo. A więc sojusz?
-Sojusz.-podałyśmy sobie ręce, tak na zgodę. Wtedy usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Nie chciałam wiedzieć, kim był ich nosiciel, jednakże sam się o to poprosił.
-Och widzę, że niebezpieczna Clarissa, zawiera sojusze z dziećmi. Może jeszcze tego małego z ósemki Ci przyprowadzić?
-O Chuck jakiś ty miły. Zrobiłbyś to dla mnie?-słodziutko się uśmiechnęłam. I tak wiem, ze wyszło to sztucznie, ale o to mi chodziło.
-Nie musisz być sztucznie miła kochana. Jak Ci się podoba w Kapitolu?
-Widzę, że zaczyna Ci się nudzić. Czemu nie dotrzymujesz towarzystwa swojej koleżance, tylko przyprawiasz ją o ataki furii? Mam czekać, aż rzuci się na mnie z pazurkami? Od razu podziękuje.-od wróciłam się do niego plecami jednak on pociągnął moją rękę i przyciągnął mnie do siebie tak, że nasze twarze dzieliły milimetry.
-Kochana, nie musisz od razu być dla mnie taka nie miła. Przyszyłem tylko porozmawiać i zapytać czy nie byłabyś chętna na sojusz. Słyszałem co mówiłaś do małej. Potrzebujesz bezpieczeństwa i ja Ci je mogę zapewnić.-zatkało mnie. A raczej jego bliskość przyprawiała mnie o chwili brak racjonalnego myślenia. "Halo, halo kochana! O czym ty myślisz? Jakiś koleś próbuje Cię wsiąść na uczucia? I ty sobie na to pozwolisz? Wracamy na ziemię!"-Ten mój zdrowy rozsądek, przyprawiał mnie o złość, ale czasami dobrze gadał. Zawsze dobrze gadał....
-Bezpieczeństwo to ja sobie sama mogę zapewnić, kochany.
-Nie wątpię w to. Zastanów się nad moją propozycją. Do naszych ostatnich dni będzie aktualna....-przybliżył jeszcze bardziej swoją twarz do mojej i złożył delikatny pocałunek na moim policzku. Popatrzył później jeszcze w moje oczy i odszedł. Pode mną załamały się nogi Jak on..dlaczego...jak..po co...dlaczego ja mu na to pozwoliłam?
Z lekkiego oszołomienia wyrwał mnie głos jakiejś kobiety. Była niska i miała rude włosy związane w koński ogon.
-Witam Was wszystkich. Znajdujecie się obecnie w ośrodku szkoleniowy na pierwszym treningu. Jak zawsze należy zacząć go od krótkiej odprawy. W tym miejscu nie macie prawa do rozpoczynania żadnych bójek i tym podobnych rzeczy. Sprzęt służy do ćwiczeń, a nie zabijania się na wzajem. Te czynności pozostawcie na arenie. Sprzętu nie możecie zabierać nie sobą po za teren ośrodka, żadnego celowania w organizmy żywe, tu mam na myśli nas czyli ekipę do kontrolowania Was. Do dyspozycji macie dwadzieścia cztery stanowiska. Treningów grupowych odbędzie się siedem, a ósmy jest indywidualny, który odbywa się na dwa dni przez rozpoczęciem Igrzysk. Czy wszystko jest dla Was zrozumiałe? Zapraszam w takim razie do treningu.-po jej jakże żenującym występie, razem z Abigail pozostałyśmy same na środku sali. Pozostali od razu przeszli do poszczególnych stanowisk. Zawodowcy udali się do włóczni i noży, trybuci z szóstki, ósemki i dziewiątki poszli uczyć się rozpalać ogniska, czwórka i piątka udali się również do zabójczych broni, natomiast jedenastki, dwunastki, dziesiątki i czwórki do tworzenia pułapek. Kretyn gdzieś zniknął.
-A więc co chcesz porobić?-przenikliwe spojrzenie Abigail utkwiło w moich oczach.
-Udać się do łózka, zasnąć, a po przebudzeniu uświadomić, ze to tylko sen. A ty?
-Nie mam pojęcia....może pójdziemy postrzelać z łuków, albo porzucać włóczniami lub nożami? Chyba, ze wolisz pójść na tak zwane robótki ręczne?
-Ej buntowniczka co tak stoisz? Mamunia nie nauczyła Cię posługiwać bronią-na słowo "mama" gwałtownie odwróciłam się w kierunku nadawcy tych słów. W głowie ciągle powtarzam sobie, że zachowam spokój, zachowam spokój, zachowam......jednak szyderczy uśmieszek Ruby z jedynki doprowadzał mnie do szału. Abigail spostrzegła mord w moich oczach i jak najszybciej odciągnęła mnie w stronę jakiegoś stanowiska. Jak po chwili się zorientowałam było to stanowisko łucznicze. Nigdy dotąd nie strzelałam z łuku. Cela mam dobrego, ale chyba nie wystarczająco siły aby naciągnąć tą głupią cięciwę.
-Aby, umiesz strzelać z łuku? Właśnie mogę tak na ciebie mówić?
-Tak i tak. Jak byłam mała tata zrobił dla mnie malutki łuk i po nocy centralnie przy ogrodzeniu uczyłam się nim posługiwać. Umiejętność ta jak widać się przyda.
-Rozumiem.
-A ty umiesz?
-Szczerze? Nie. Mam ochotę wziąć jeden z tych noży, włóczni lub najlepiej topór albo siekierkę i wyrżnąć tutaj wszystkich. No może z wyjątkiem kilku osób.
-Na przykład Chuck'a?-gwałtownie odwróciłam głowę w stronę dziewczynki. Moje usta otworzyły się w niemym krzyku, a oczy otworzyły najszerzej jak potrafiły. Nie mogłam wydusić z siebie ani słówka.-Przepraszam nie chciałam Cię zawstydzić.-trochę ochłonęłam, jednak nie na tyle aby pohamować gniew.
-Czy ty sobie żartujesz? Tego debila zabiłabym pierwszego.
-Nie oszukuj mnie a tym bardziej siebie. Widzę, ze Ci się podoba.
-W moim sercu nie ma miejsca dla nikogo. Wszystko jest już zajęta.
-Przez kogo?
-Przez dwie najważniejsze osoby w moim życiu. Mojej cioci i przyjaciela Sebastiana. Nikogo więcej.
Jak się z czasem okaże pożałuję tych słów jak nigdy, niczego w życiu.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozmyślając tak nad swoim losem, po raz kolejny nie zauważyłam, że mała Abigail z szóstki przystanęła obok mnie i wbija swoje małe oczko w moja głowę, oraz chłopak z czwórki, jak mu tam? Chuck? Przez cały czas się na mnie gapi. Swój wzrok również, w niego wbiłam, ale po chwili oderwałam go i skierowałam na dziewczynkę. Miło się do niej uśmiechnęłam, jednak nie wyglądało, na to aby uważała mnie za miłą osobę.
-Powiedź mi jak to jest stracić najbliższych, opuścić pozostałych i potrafić się nadal uśmiechać?-Zatkało mnie. Niby skąd ona o tym wiedziała?
-Normalnie.-bąknęłam nadal oszołomiona jej pytaniem.
-Takie zachowanie jest nienormalne. Ludzie po stracie wszystkich których kochali, raczej płaczą i zamykają się w sobie a nie wykazują pozytywne odczucia do innych jak ty.
-Widzę, że wiesz trochę na ten temat. Ktoś kiedyś powiedział mi, że w życiu nie należy się wiecznie smucić tylko po jakimś czasie ruszyć do przodu. Mi zajęło to tylko miesiąc.
-Krótko. Ja do tej pory to wszystko czuję.
-A kogo straciłaś?
-Jak miała pięć lat obje rodziców, a trzy lata później brata i siostrę. Została mi jeszcze schorowana babcia i młodsza siostra, którą musiałam opuścić.-W jej oczach zakręciły się łzy. Nie nienawidzę jak ktoś okazuje słabość. Lata doświadczenie pokazały mi, że takich ludzi szybko się wykańcza. Nie mogę pozwolić aby tej małej coś się stało. Jako jedna na tej sali miała odwagę do mnie podejście, a wiem, że i tak wyglądam na groźną i wszyscy starają się mnie unikać. Kucnęłam aby mieć na nią lepszy widok.
-Ej nie płacz, słyszysz. Jeśli pokarzesz tamtym-pokazałam na zawodowców- że jesteś słaba i do niczego się nadasz, wykończą Cię na samym początku. A chciałabyś wrócić do domu i znów zobaczyć najbliższych, nie?-Kiwnęła głową.-No więc przestań się ślimaczyć i pokaż, że jesteś silna. Pokaż im wszystkich, że stanowisz dla nich zagrożenie, i że nie będzie łatwo im wygrać.-Poklepałam ją stanowczo po ramieniu i wyszczerzyłam zęby jak najładniej umiałam. Nie wyszło mi to najlepiej, ale przynajmniej zaczęła się śmiać.
-Wiesz, jesteś spoko. Wszyscy w okół gadali, ze z ciebie wredna, bezuczuciowa baba, którą zostawią sobie na sam koniec.
-Na prawdę? Kto tak mówił?-zaniepokoiłam się trochę. Sądziłam, że nikt się nie będzie mną interesować i owszem zostawią mnie na sam koniec, ale nie z planem totalnego mordu.
-Wszyscy naokoło. Może i jestem małomówna i nieśmiała, ale umiem podsłuchiwać. A tak przy okazji jestem Abigail.-Podała mi rękę.
-Wiem, ja jest Clarissa.-odwzajemniłam uścisk.
-Ładne imię. Jak mam mówić na ciebie w skrócie?
-Nie mam pojęcia. Wszyscy zawsze mówili do mnie po prostu "Clarissa".
-No, ale wiesz gdybym na arenie Cię w jakiejś sytuacji potrzebowała, to nie wołałabym Cię tak aby wszyscy wiedzieli, że to ty. Ojć wybacz. Nie wiem czy miałabym Cię po co wołać, bo nie wiem czy chciałabyś sojuszu...
-Ej co mówiłam o smuceniu się?-wykrzywiła usta w sztucznym uśmiechu.-Od razu lepiej. A kto powiedział, że nie chcę sojuszu? Może nie należysz do osób, które bardzo pomogłoby mi przeżyć i zapewnić większe bezpieczeństwo, ale lepiej mieć kogoś bliskiego sobie niż nikogo. A więc sojusz?
-Sojusz.-podałyśmy sobie ręce, tak na zgodę. Wtedy usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Nie chciałam wiedzieć, kim był ich nosiciel, jednakże sam się o to poprosił.
-Och widzę, że niebezpieczna Clarissa, zawiera sojusze z dziećmi. Może jeszcze tego małego z ósemki Ci przyprowadzić?
-O Chuck jakiś ty miły. Zrobiłbyś to dla mnie?-słodziutko się uśmiechnęłam. I tak wiem, ze wyszło to sztucznie, ale o to mi chodziło.
-Nie musisz być sztucznie miła kochana. Jak Ci się podoba w Kapitolu?
-Widzę, że zaczyna Ci się nudzić. Czemu nie dotrzymujesz towarzystwa swojej koleżance, tylko przyprawiasz ją o ataki furii? Mam czekać, aż rzuci się na mnie z pazurkami? Od razu podziękuje.-od wróciłam się do niego plecami jednak on pociągnął moją rękę i przyciągnął mnie do siebie tak, że nasze twarze dzieliły milimetry.
-Kochana, nie musisz od razu być dla mnie taka nie miła. Przyszyłem tylko porozmawiać i zapytać czy nie byłabyś chętna na sojusz. Słyszałem co mówiłaś do małej. Potrzebujesz bezpieczeństwa i ja Ci je mogę zapewnić.-zatkało mnie. A raczej jego bliskość przyprawiała mnie o chwili brak racjonalnego myślenia. "Halo, halo kochana! O czym ty myślisz? Jakiś koleś próbuje Cię wsiąść na uczucia? I ty sobie na to pozwolisz? Wracamy na ziemię!"-Ten mój zdrowy rozsądek, przyprawiał mnie o złość, ale czasami dobrze gadał. Zawsze dobrze gadał....
-Bezpieczeństwo to ja sobie sama mogę zapewnić, kochany.
-Nie wątpię w to. Zastanów się nad moją propozycją. Do naszych ostatnich dni będzie aktualna....-przybliżył jeszcze bardziej swoją twarz do mojej i złożył delikatny pocałunek na moim policzku. Popatrzył później jeszcze w moje oczy i odszedł. Pode mną załamały się nogi Jak on..dlaczego...jak..po co...dlaczego ja mu na to pozwoliłam?
Z lekkiego oszołomienia wyrwał mnie głos jakiejś kobiety. Była niska i miała rude włosy związane w koński ogon.
-Witam Was wszystkich. Znajdujecie się obecnie w ośrodku szkoleniowy na pierwszym treningu. Jak zawsze należy zacząć go od krótkiej odprawy. W tym miejscu nie macie prawa do rozpoczynania żadnych bójek i tym podobnych rzeczy. Sprzęt służy do ćwiczeń, a nie zabijania się na wzajem. Te czynności pozostawcie na arenie. Sprzętu nie możecie zabierać nie sobą po za teren ośrodka, żadnego celowania w organizmy żywe, tu mam na myśli nas czyli ekipę do kontrolowania Was. Do dyspozycji macie dwadzieścia cztery stanowiska. Treningów grupowych odbędzie się siedem, a ósmy jest indywidualny, który odbywa się na dwa dni przez rozpoczęciem Igrzysk. Czy wszystko jest dla Was zrozumiałe? Zapraszam w takim razie do treningu.-po jej jakże żenującym występie, razem z Abigail pozostałyśmy same na środku sali. Pozostali od razu przeszli do poszczególnych stanowisk. Zawodowcy udali się do włóczni i noży, trybuci z szóstki, ósemki i dziewiątki poszli uczyć się rozpalać ogniska, czwórka i piątka udali się również do zabójczych broni, natomiast jedenastki, dwunastki, dziesiątki i czwórki do tworzenia pułapek. Kretyn gdzieś zniknął.
-A więc co chcesz porobić?-przenikliwe spojrzenie Abigail utkwiło w moich oczach.
-Udać się do łózka, zasnąć, a po przebudzeniu uświadomić, ze to tylko sen. A ty?
-Nie mam pojęcia....może pójdziemy postrzelać z łuków, albo porzucać włóczniami lub nożami? Chyba, ze wolisz pójść na tak zwane robótki ręczne?
-Ej buntowniczka co tak stoisz? Mamunia nie nauczyła Cię posługiwać bronią-na słowo "mama" gwałtownie odwróciłam się w kierunku nadawcy tych słów. W głowie ciągle powtarzam sobie, że zachowam spokój, zachowam spokój, zachowam......jednak szyderczy uśmieszek Ruby z jedynki doprowadzał mnie do szału. Abigail spostrzegła mord w moich oczach i jak najszybciej odciągnęła mnie w stronę jakiegoś stanowiska. Jak po chwili się zorientowałam było to stanowisko łucznicze. Nigdy dotąd nie strzelałam z łuku. Cela mam dobrego, ale chyba nie wystarczająco siły aby naciągnąć tą głupią cięciwę.
-Aby, umiesz strzelać z łuku? Właśnie mogę tak na ciebie mówić?
-Tak i tak. Jak byłam mała tata zrobił dla mnie malutki łuk i po nocy centralnie przy ogrodzeniu uczyłam się nim posługiwać. Umiejętność ta jak widać się przyda.
-Rozumiem.
-A ty umiesz?
-Szczerze? Nie. Mam ochotę wziąć jeden z tych noży, włóczni lub najlepiej topór albo siekierkę i wyrżnąć tutaj wszystkich. No może z wyjątkiem kilku osób.
-Na przykład Chuck'a?-gwałtownie odwróciłam głowę w stronę dziewczynki. Moje usta otworzyły się w niemym krzyku, a oczy otworzyły najszerzej jak potrafiły. Nie mogłam wydusić z siebie ani słówka.-Przepraszam nie chciałam Cię zawstydzić.-trochę ochłonęłam, jednak nie na tyle aby pohamować gniew.
-Czy ty sobie żartujesz? Tego debila zabiłabym pierwszego.
-Nie oszukuj mnie a tym bardziej siebie. Widzę, ze Ci się podoba.
-W moim sercu nie ma miejsca dla nikogo. Wszystko jest już zajęta.
-Przez kogo?
-Przez dwie najważniejsze osoby w moim życiu. Mojej cioci i przyjaciela Sebastiana. Nikogo więcej.
Jak się z czasem okaże pożałuję tych słów jak nigdy, niczego w życiu.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nareszcie!
Wybaczcie, ze tak długo czekaliście, ale wenę nie łatwo znaleźć. Wybaczcie, ze taki krótki, ale lepsze tyle niż nic. Myślę, że rozdział nie jest zły. Trochę zaczynamy wchodzić w kolejną kwestię na blogu -miłość. Ostatnie zdanie myślę, że Was zaciekawi. Matko nie mogę się doczekać kiedy będę opisywać wydarzenia na arenie! Mam taki zajefajny pomysł, że po prostu nie mogę. Okej nie zanudzam Was już. Buziaczki i do usłyszenia :*
CZYTASZ=KOMENTUJESZ
Cześć :)
OdpowiedzUsuńJak zwykle, ciekawy rozdział, ale troszkę nie ogarniam tego pocałunku xD No ale wszystko rozwiąże się wkrótce, prawda? ;)
Achhh, nie mogę się doczekać, aż pokażę ci swoje opowiadanie! Na razie mam 120 stron ♥
Trzymaj się cieplutko :*
(PS. Czekam już na następny rozdział ^^ )
Nati, zaglądasz jeszcze na blog? Ja zaglądam codziennie i czekam na znak życia od ciebie :o
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńNo oczywiście, że zaglądam!
UsuńChyba musimy znaleźć jakąś inną formę komunikacja, żebyś się nie zamartwiała czy żyję czy też nie . Jak tam pisanie opowiadanka? Zwiększyła się ta liczba stron?
Słabo, bo teraz nie mam czasu... ale regularnie strona lub dwie przybywa. Dzisiaj trochę popracuję ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ♥ Czekam na dalsze dzieje twoich bohaterów :>
(123 strony - 52 092 słów ♥)
To jest jeden z ciekawszych blogów jakie ostatnio czytałam, poważnie. Świetnie piszesz i potrafisz opisywać wszystko w taki sposób że czuję, jakbym była tam obok i była główną bohaterką. Czekam z niecierpliwością na wątek ''miłości''. I oczywiście kolejną notkę.
OdpowiedzUsuńZapraszam też do siebie : http://hope-mikaelson-story.blogspot.com/
Zaglądam tu tak często jak mogę, czekam... i nic się nie pojawia :/
OdpowiedzUsuńNa razie nie mam możliwości pisania swojego, więc czekam na twoje.
Mam nadzieję, że jakoś jeszcze żyjesz o.O
Pozdrawiam,
lidzik
Czekam już bardzo długo...Bez rezultatów. :(
OdpowiedzUsuńŚwietna historia! Napisana z pasją!
Martwi mnie tylko fakt, że minął prawie miesiąc, a Ty nie dodałaś żadnego nowego postu. Porzucasz blog?