"Jesteście promieniem nadziei, który rozprasza mrok samotności i dodaje odwagi do przezwyciężenia pokusy przemocy i egoizmu"
(Jan Paweł II)
Nazywam się Clarissa Duchanes. Mam szesnaście lat i pochodzę z siódmego dystryktu. W dniu Dożynek, czyli losowania biednych dzieci w wieku od dwunastu do osiemnastu lat z każdego Dystryktu aby uczestniczyły w krwawej grze, która ma zadowolić wrednego i przebiegłego prezydenta Snow'a, oraz naiwnych mieszkańców Kapitolu zostałam wylosowana na trybutkę osiemdziesiątych Głodowych Igrzysk. Rewolucja, która rozpoczęła się pod koniec trzeciego ćwierćwiecza poskromienia, czyli siedemdziesiątych piątych Igrzyskach nie przyniosła zamierzanego efektu. Teraz to ja mam być nowy Kosogłosem. Gwiazdą i ikoną nowej rebelii, którą zaczynam tworzyć podobnie jak poprzedni Kosogłos Katniss Everdeen. Najpierw bunt w formie nielegalnych wypadów poza mury dystryktu, potem wyzywające dla Snow'a stroje na paradzie oraz na wywiadach. Ten że strój przesądził o losie mojej stylistki Jeleny, która przed śmiercią z ręki tyrana wyjawiła mi większa cześć prawdy odnośnie mojego powołania. Dlaczego to akurat spotkało mnie?
***
Minuta. To mój czas aby zepchnąć problemy na drugi tor i zająć się rzeczywistością. Co widzę? Trybutów. Stojących na metalowych platformach lśniących w blasku słońca. W około widzę las, ale słyszę szum wody, oraz czuję chłód w powietrzu i żar bijący od słońca i podłoża, którym jest piasek. Na środku wielkiej pusty połyskuje róg obfitości. Piękny i potężny. Widzę pełno plecaków, broni i trochę prowiantu. Czy uda mi się po coś pobiec? Wyszukuję w najbliższych trybutach znajomych twarzy. Dostrzegam zdeterminowaną Ruby, przerażoną trybutkę z trójki, mojego sojusznika z dziesiątki, nieobecną duchem Madeline oraz Chucka patrzącego prosto na mnie. W ruch jego warg odczytuję "Nie idź do rogu, tylko pędź do lasu". Ale ja nie mam zamiaru go słuchać. Kręcę przecząco głową i odwracam od niego wzrok. Wpatruje się w połyskujący metal i oczyszczam myśli. Teraz nie zostaje mi nic innego jak czekać na odliczanie.
-Panie i Panowie! Osiemdziesiąte Głodowe Igrzyska czas zacząć!
-Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jedne....-Ogłuszający dźwięk rozbrzmiewa w mojej głowie, ale ja się mu nie daje. Biegnę ile sił w nogach. Nie jest zbyt łatwe, zważywszy na piaszczystą powierzchnię, ale potrzebuje jakiś rzeczy. Dopadam do pierwszego lepszego plecaka, zabieram jakieś dwa długie kije i pędzę w stronę lasu. Przez najbliższe dziesięć minut nie zwalniam tępa, tylko pruję w głąb lasu. Dopiero czyjaś sylwetka kazała mi mi wyhamować, jednak nie obeszło się bez staranowania jej. Był to Chuck.
-Cóż za miła niespodzianka.
-Twój widok mnie tak nie cieszy.
-No wiesz, sądziłem że już Cię nie zobaczę. Kiedy pobiegłaś w stronę rogu nie widziałem żadnych szans na twoje przetrwanie.
-Widzisz jednak jestem cała i zdrowa. I przynajmniej mam jakąś broń, nie to co ty. Warto we mnie tak nie wierzyć?
-Lepiej byłoby mi to zrobić, gdybyś na mnie nie leżała. Ale nie mówię, ta sytuacja jest dla mnie cudowna- Jego wredny uśmieszek stanął mi przed oczami. Dopiero teraz zorientowałam się, że leże na nim plackiem a nasze twarzy dzieli zaledwie parę centymetrów. Czym prędzej z niego wstałam i otrzepałam ubranie. Nie kwapiłam się, aby mu pomóc. Usiadłam wygodnie pod drzewem, odłożyłam na bok broń i zajęłam się sprawdzaniem zawartości plecaka. W środku był woreczek suszonych owoców, długa lina, niewielki nóż, bidon na wodę oraz gruby polar i okulary przeciwsłoneczne. Dość zróżnicowany ekwipunek, ale nadal nie wiemy jak zbudowana jest arena.
-No i co tam masz?
-Nic co by Ci było do szczęścia potrzebne.
-To możesz mnie chociaż obdarować jednym kijem?- Własnie. Broń. Nawet nie sprawdziłam, co udało mi się zabrać. Wzięłam do reki oba kije i uważnie im się przyglądnęłam. Pierwszym z nich był trójząb, który chcąc nie chcą musiałam oddać Chuckowi. Drugi był dość dziwny. Na jednym końcu trójząb a na drugim włócznia. Sprytne połączenie.
-Nie wierzę.- Chuck wstał i wyrwał mi z rąk trój-włócznie.- Udało Ci się zwinąć broń Snooky.
-Kogo?
-Trybutki z piątki. Obecnej mentorki. Na jej Igrzyskach modne były trójzęby dlatego aby się wyróżniać przyczepiła do drugiego końca ostrza. Wyrznęła czymś takim około osiemnastu trybutów, dzięki czemu wygrała.
-Super.
-Dobra koniec jarania się i wypoczywania. Trzeba znaleźć resztę naszych.
-Chyba twoich. Moja jest tylko Abby. Jak myślisz gdzie są?
-Wszędzie. Planuję udać się do rogu obfitości i sprawdzić, ile rzeczy zostało. Może będziemy musieli zabrać większość brani dla reszty.
-Będziemy ich służącymi, ale frajda.- widząc minę Chucka zachichotałam, wstałam i ruszyłam w stronę Rogu. Przez cały czas szliśmy gęstym lasem. W oddali było słychać szum wody. Chłodny wiatr wywoływał na moim ciele gęsią skórkę. Wtedy usłyszeliśmy przerażający krzyk, a po nim rozległ się wystrzał armaty. Pierwsza osoba umarła. Chciałam iść sprawdzić, czy to nie Abby, ale Chuck powstrzymał mnie ruchem ręki.
-Zabójca może się tam jeszcze czaić. Chyba nie chcesz umrzeć za wcześnie?
-Nie masz pojęcia czego chce.-ignorując jego próby zatrzymania mnie, bardzo cicho ruszyłam w stronę, z której było słychać krzyk. Jednak musiałam się pośpieszyć. Słychać już było z oddali nadlatujący poduszkowiec, który miał zabrać ciało. Jednak nie dało mi było ujrzeć ofiary ponieważ, coś a raczej ktoś się na mnie rzucił i uderzając głową o kamień straciłam przytomność.
Po jakimś czasem odzyskuję świadomość i kontrolę nad moim ciałem. Ostrożnie podnoszę się do siadu, jednak zważywszy na przeszywający ból głowy jest to trudne. Orientuje się w terenie. Jestem centralnie przy Rogu Obfitości. Gorący piasek parzy mnie w tyłek, więc czym prędzej poderwałam się na równe nogi. Bijący żar słońca był nie do wytrzymania, a mój osłabiony już organizm nie był na to uodporniony. Po chwili stania i próbowania przejrzeć na oczy, postanowiłam ruszyć w stronę ledwie dla mnie widocznych czarnych sylwetek. Jednak ta sztuka mi się nie udała, ponieważ po chwili znowu straciłam kontakt z rzeczywistością i runęłam do tyłu.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hello!
Tak, wiem osoby które kiedykolwiek czytały tego bloga i liczyła na rozdział, pewnie mają ochotę mnie zabić. Wiem, rozdział miał być Bóg wie kiedy i na prawdę przepraszam Was że to tyle trwało!
Rozdział słaby, ale mam nadzieję że ktoś przeczyta i nawet skomentuje. Nie wytykajcie mi błędów ani niczego, bo wiem ze na pewno jakieś są a nie chciało mi się już sprawdzać rozdziału. Tak więc czytajcie, komentujcie, zabijajcie itp. :)
Przy okazji życzę Wam Wesołych Świąt spędzonych w rodzinnej atmosferze oraz szalonego Sylwestra spędzonego z najlepszymi przyjaciółmi :)
Pozdrawiam,
Natalia G
xoxo
-Panie i Panowie! Osiemdziesiąte Głodowe Igrzyska czas zacząć!
-Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jedne....-Ogłuszający dźwięk rozbrzmiewa w mojej głowie, ale ja się mu nie daje. Biegnę ile sił w nogach. Nie jest zbyt łatwe, zważywszy na piaszczystą powierzchnię, ale potrzebuje jakiś rzeczy. Dopadam do pierwszego lepszego plecaka, zabieram jakieś dwa długie kije i pędzę w stronę lasu. Przez najbliższe dziesięć minut nie zwalniam tępa, tylko pruję w głąb lasu. Dopiero czyjaś sylwetka kazała mi mi wyhamować, jednak nie obeszło się bez staranowania jej. Był to Chuck.
-Cóż za miła niespodzianka.
-Twój widok mnie tak nie cieszy.
-No wiesz, sądziłem że już Cię nie zobaczę. Kiedy pobiegłaś w stronę rogu nie widziałem żadnych szans na twoje przetrwanie.
-Widzisz jednak jestem cała i zdrowa. I przynajmniej mam jakąś broń, nie to co ty. Warto we mnie tak nie wierzyć?
-Lepiej byłoby mi to zrobić, gdybyś na mnie nie leżała. Ale nie mówię, ta sytuacja jest dla mnie cudowna- Jego wredny uśmieszek stanął mi przed oczami. Dopiero teraz zorientowałam się, że leże na nim plackiem a nasze twarzy dzieli zaledwie parę centymetrów. Czym prędzej z niego wstałam i otrzepałam ubranie. Nie kwapiłam się, aby mu pomóc. Usiadłam wygodnie pod drzewem, odłożyłam na bok broń i zajęłam się sprawdzaniem zawartości plecaka. W środku był woreczek suszonych owoców, długa lina, niewielki nóż, bidon na wodę oraz gruby polar i okulary przeciwsłoneczne. Dość zróżnicowany ekwipunek, ale nadal nie wiemy jak zbudowana jest arena.
-No i co tam masz?
-Nic co by Ci było do szczęścia potrzebne.
-To możesz mnie chociaż obdarować jednym kijem?- Własnie. Broń. Nawet nie sprawdziłam, co udało mi się zabrać. Wzięłam do reki oba kije i uważnie im się przyglądnęłam. Pierwszym z nich był trójząb, który chcąc nie chcą musiałam oddać Chuckowi. Drugi był dość dziwny. Na jednym końcu trójząb a na drugim włócznia. Sprytne połączenie.
-Nie wierzę.- Chuck wstał i wyrwał mi z rąk trój-włócznie.- Udało Ci się zwinąć broń Snooky.
-Kogo?
-Trybutki z piątki. Obecnej mentorki. Na jej Igrzyskach modne były trójzęby dlatego aby się wyróżniać przyczepiła do drugiego końca ostrza. Wyrznęła czymś takim około osiemnastu trybutów, dzięki czemu wygrała.
-Super.
-Dobra koniec jarania się i wypoczywania. Trzeba znaleźć resztę naszych.
-Chyba twoich. Moja jest tylko Abby. Jak myślisz gdzie są?
-Wszędzie. Planuję udać się do rogu obfitości i sprawdzić, ile rzeczy zostało. Może będziemy musieli zabrać większość brani dla reszty.
-Będziemy ich służącymi, ale frajda.- widząc minę Chucka zachichotałam, wstałam i ruszyłam w stronę Rogu. Przez cały czas szliśmy gęstym lasem. W oddali było słychać szum wody. Chłodny wiatr wywoływał na moim ciele gęsią skórkę. Wtedy usłyszeliśmy przerażający krzyk, a po nim rozległ się wystrzał armaty. Pierwsza osoba umarła. Chciałam iść sprawdzić, czy to nie Abby, ale Chuck powstrzymał mnie ruchem ręki.
-Zabójca może się tam jeszcze czaić. Chyba nie chcesz umrzeć za wcześnie?
-Nie masz pojęcia czego chce.-ignorując jego próby zatrzymania mnie, bardzo cicho ruszyłam w stronę, z której było słychać krzyk. Jednak musiałam się pośpieszyć. Słychać już było z oddali nadlatujący poduszkowiec, który miał zabrać ciało. Jednak nie dało mi było ujrzeć ofiary ponieważ, coś a raczej ktoś się na mnie rzucił i uderzając głową o kamień straciłam przytomność.
Po jakimś czasem odzyskuję świadomość i kontrolę nad moim ciałem. Ostrożnie podnoszę się do siadu, jednak zważywszy na przeszywający ból głowy jest to trudne. Orientuje się w terenie. Jestem centralnie przy Rogu Obfitości. Gorący piasek parzy mnie w tyłek, więc czym prędzej poderwałam się na równe nogi. Bijący żar słońca był nie do wytrzymania, a mój osłabiony już organizm nie był na to uodporniony. Po chwili stania i próbowania przejrzeć na oczy, postanowiłam ruszyć w stronę ledwie dla mnie widocznych czarnych sylwetek. Jednak ta sztuka mi się nie udała, ponieważ po chwili znowu straciłam kontakt z rzeczywistością i runęłam do tyłu.
***
-Myślisz, że wszystko z nią w porządku?
-Jak może być skoro najprawdopodobniej ma wstrząs mózgu? Pomyśl trochę dziecko!
-Ej nie krzycz na nią. Nie jej wina, że ma ledwie dwanaście lat i ograniczoną wiedzę.
-Możecie się wszyscy zamknąć? Chyba się budzi.-Powoli zaczęłam ruszać powiekami. Czując chłodny powiem wiatru na twarzy, stwierdziłam, że słońce musiało już zajść więc otworzyłam szeroko oczy. Spotkałam cztery pary oczu bacznie na mnie patrzących. Chociaż trzy z nich na pewno znałam, zerwałam się na równe nogi gotowa do walki.
-Hey, spokojnie Clary. To tylko my.
-My to znaczy kto?
-Anabeth, Chuck, Abigail i Adam.
-Kim do cholery jest Anabeth?
-Trybutka z dwunastki. Średni wzrost, ciemne, długie włosy, jasna cera, brązowe oczy.
-Dobra, kojarzę. Co się stało?
-Zemdlałaś.
-To pamiętam. A jeszcze wcześniej?
-Moja wina-dziewczyna, która mówiła wcześniej za wszystkich, Anabeth, niepewnie do mnie podeszła i zaczęła się tłumaczyć.-Szłaś prosto w łapska zawodowców. Wysłali na ciebie Christiana i gdybym Cię wtedy nie powaliła, dostałabyś dzidą w serce.
-Okay. Kim jest Christian?
-Trybut z mojego dystryktu- odpowiedziała Aby z żalem w głosie. Czyżby ją zdradził? Dawał złudne nadzieję na pomoc, a teraz opuścił i próbował skrzywdzić? Niech no ja go tylko dorwę....
-Okay, nasza księżniczka się obudziła, więc możemy obgadać w końcu plan działania. Jak już wcześniej wspomniałem musimy znaleźć naszych sprzymierzeńców.
-Zaraz, to nas jest więcej?
-Oczywiście. Przecież poinformowałem Cię o zawarciu dużego sojuszu. Zapomniałaś?
-Cóż nie sądziłam, że sojusz większy niż pięć osób może zaistnieć.
-Jak widzisz nasz szesnastoosobowy w niedalekiej przyszłości może zaistnieć.
-Ilu?!-rozwarłam szeroko oczy. Czy żeby móc uciec z tej durnej areny, potrzebujemy aż połowy trybutów? To są jakieś jaja...... Katniss żeby się stąd wydostać potrzebowała czterech osób..... plus ludzie z zewnątrz, ale to inna bajka. Aż się boje pomyśleć ile rebeliantów z zewnątrz oferuje nam swoje usługi.- Dobra. Macie pomysł gdzie mogą być?
-Wiemy, ze jeden przyłączył się do zawodowców a reszta gdzieś się szlaja po tym lesie, piachu i górach.
-Czekaj czyli mam rozumieć, że jeden z naszych chciał mnie zabić?
-Tak. Widocznie odmieniły się jego poglądy co do ciebie i całej akcji. -Cóż nie dziwię się mu. Gdybym to ja była na jego miejscu, też bym sobie nie ufała. Kiedy tak rozmawialiśmy i wymienialiśmy się opiniami na temat całej rewolucji oraz ustalaliśmy dalszy plan działa, pewna myśl przeszła mi przez głowę. A raczej nie myśl, tylko prawda o której widocznie nikt nie pamięta. Uświadamiając to sobie przełknęłam głośno ślinę i uciszyłam obecnych gestem reki.
-Czy my jesteśmy normalni? Gadam na cały regulator o naszych niebezpiecznych planach, przecież na całej arenie jest masa kamer, które rejestruj również nas głos. Przecież oni, tam wszystko słyszą, co nie?-Abigail i Anabeth przejęły moje obawy i popatrzyły na chłopców, którzy szczerzyli się jak dzieci na widok lizaków.
-Och, dziewczęta.-odezwał się Adam.- Nie mówiliśmy Wam o niczym, gdyż chcieliśmy ujrzeć te przerażone miny.-moja mina wyrażała teraz wielką chęć mordu.-Otóż kiedy wszyscy się rozproszyliśmy, poleciałem z tym mózgowcem z trójki. Zastraszając go ostro dla efektu i trzymając się ustalonego wcześniej szyfru, przekazałem mu znak aby zaczął działać. On i jego koleżanka z dystryktu są znacznie mądrzejsi od tych matołów z Kapitolu. Ten mały blondas totalnie uszkodził monitoring areny, tak, że Ci idioci z centrum dowodzenia są wstanie jedynie odzyskać obraz, który i tak nie jest cudownej jakości. Dlatego nikt nas nie słyszy. I nikt nie może odczytać słów z naszych ust, ponieważ obraz za bardzo drga. Plan idealny.
-Świetnie. To gdzie ten mózgowiec jest teraz?- po moich słowach pozostała czwórka popatrzyła na siebie i nie kwapiła zbytnio do udzielania mi odpowiedzi.-Pytam, gdzie on do cholery jest?!-podniosła ton głosu i dzięki temu nakazałam im podnieść na mnie wzrok. Wszystkie oczy po części wyrażały smutek, więc łatwo mi było się domyśleć gdzie on jest.
-Poza areną.
-Martwy.
-Z poderżniętym gardłem.
-I genialnym mózgiem w swoim martwym ciele.
-Chuck! Ten chłopak nie żyje, a tobie się na żarty zachciało?! Ile on miał lat? 14?15? Spróbuj mi wmawiać, że poświęcił się, to zaraz ty również do niego dołączysz.- podniosłam się z gorącego piasku i zniknęłam wśród drzew dziwnego lasu. Jeżeli tak to ma wyglądać, to ja pasuje. Nikt nie będzie ginąc dla rebelii. Nikt nie będzie umierać w imię, czegoś co beze mnie nie zaistnieje. A ja nie potrafię żyć z myślą, ze ludzie się poświęcają- dla mnie.
-Oczywiście. Przecież poinformowałem Cię o zawarciu dużego sojuszu. Zapomniałaś?
-Cóż nie sądziłam, że sojusz większy niż pięć osób może zaistnieć.
-Jak widzisz nasz szesnastoosobowy w niedalekiej przyszłości może zaistnieć.
-Ilu?!-rozwarłam szeroko oczy. Czy żeby móc uciec z tej durnej areny, potrzebujemy aż połowy trybutów? To są jakieś jaja...... Katniss żeby się stąd wydostać potrzebowała czterech osób..... plus ludzie z zewnątrz, ale to inna bajka. Aż się boje pomyśleć ile rebeliantów z zewnątrz oferuje nam swoje usługi.- Dobra. Macie pomysł gdzie mogą być?
-Wiemy, ze jeden przyłączył się do zawodowców a reszta gdzieś się szlaja po tym lesie, piachu i górach.
-Czekaj czyli mam rozumieć, że jeden z naszych chciał mnie zabić?
-Tak. Widocznie odmieniły się jego poglądy co do ciebie i całej akcji. -Cóż nie dziwię się mu. Gdybym to ja była na jego miejscu, też bym sobie nie ufała. Kiedy tak rozmawialiśmy i wymienialiśmy się opiniami na temat całej rewolucji oraz ustalaliśmy dalszy plan działa, pewna myśl przeszła mi przez głowę. A raczej nie myśl, tylko prawda o której widocznie nikt nie pamięta. Uświadamiając to sobie przełknęłam głośno ślinę i uciszyłam obecnych gestem reki.
-Czy my jesteśmy normalni? Gadam na cały regulator o naszych niebezpiecznych planach, przecież na całej arenie jest masa kamer, które rejestruj również nas głos. Przecież oni, tam wszystko słyszą, co nie?-Abigail i Anabeth przejęły moje obawy i popatrzyły na chłopców, którzy szczerzyli się jak dzieci na widok lizaków.
-Och, dziewczęta.-odezwał się Adam.- Nie mówiliśmy Wam o niczym, gdyż chcieliśmy ujrzeć te przerażone miny.-moja mina wyrażała teraz wielką chęć mordu.-Otóż kiedy wszyscy się rozproszyliśmy, poleciałem z tym mózgowcem z trójki. Zastraszając go ostro dla efektu i trzymając się ustalonego wcześniej szyfru, przekazałem mu znak aby zaczął działać. On i jego koleżanka z dystryktu są znacznie mądrzejsi od tych matołów z Kapitolu. Ten mały blondas totalnie uszkodził monitoring areny, tak, że Ci idioci z centrum dowodzenia są wstanie jedynie odzyskać obraz, który i tak nie jest cudownej jakości. Dlatego nikt nas nie słyszy. I nikt nie może odczytać słów z naszych ust, ponieważ obraz za bardzo drga. Plan idealny.
-Świetnie. To gdzie ten mózgowiec jest teraz?- po moich słowach pozostała czwórka popatrzyła na siebie i nie kwapiła zbytnio do udzielania mi odpowiedzi.-Pytam, gdzie on do cholery jest?!-podniosła ton głosu i dzięki temu nakazałam im podnieść na mnie wzrok. Wszystkie oczy po części wyrażały smutek, więc łatwo mi było się domyśleć gdzie on jest.
-Poza areną.
-Martwy.
-Z poderżniętym gardłem.
-I genialnym mózgiem w swoim martwym ciele.
-Chuck! Ten chłopak nie żyje, a tobie się na żarty zachciało?! Ile on miał lat? 14?15? Spróbuj mi wmawiać, że poświęcił się, to zaraz ty również do niego dołączysz.- podniosłam się z gorącego piasku i zniknęłam wśród drzew dziwnego lasu. Jeżeli tak to ma wyglądać, to ja pasuje. Nikt nie będzie ginąc dla rebelii. Nikt nie będzie umierać w imię, czegoś co beze mnie nie zaistnieje. A ja nie potrafię żyć z myślą, ze ludzie się poświęcają- dla mnie.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hello!
Tak, wiem osoby które kiedykolwiek czytały tego bloga i liczyła na rozdział, pewnie mają ochotę mnie zabić. Wiem, rozdział miał być Bóg wie kiedy i na prawdę przepraszam Was że to tyle trwało!
Rozdział słaby, ale mam nadzieję że ktoś przeczyta i nawet skomentuje. Nie wytykajcie mi błędów ani niczego, bo wiem ze na pewno jakieś są a nie chciało mi się już sprawdzać rozdziału. Tak więc czytajcie, komentujcie, zabijajcie itp. :)
Przy okazji życzę Wam Wesołych Świąt spędzonych w rodzinnej atmosferze oraz szalonego Sylwestra spędzonego z najlepszymi przyjaciółmi :)
Pozdrawiam,
Natalia G
xoxo
Świetny rozdział :) Na prawdę przyjemnie się czyta :D Obserwuję i czekam na kolejny rozdział :3 Pozdrawiam :*
OdpowiedzUsuńP.S
http://halloweenismylife.blogspot.com/
mylifemypassionsmyeverything.blogspot.com
Rozdział fajny, ale...
OdpowiedzUsuńTroszkę mnie rozczarowałaś, nie wiem do czego zmierzasz, ale się pogubiłam ;c
Kapitol nie dałby sobą tak manipulować :o Skoro marny trybut zagrał im na nosie, to czemu by nie urządzić masowej rebelii? Skoro kapitolińczycy to tacy idioci...
Wyłożyłaś wszystko na raz, brakuje mi tu trochę tajemniczości, budowania napięcia... Ale następny rozdział zapewne będzie lepszy ;)
Pozdrawiam,
lidzik
Spokojnie moja droga ja wiem co robię :3
UsuńWpadłam na ten pomysł wieki temu i moja najbliższa przyjaciółka go bardzo pochwaliła i powiedziała, że jak to dam to będzie zarąbiście, więc do tego zmierzam tymi powolnymi i niejasnymi kroczkami :)
Nie wiem czy następny będzie lepszy. Sama ocenisz jak dodam :)
Buzki :*
Czy ty, czy ty
OdpowiedzUsuńNapiszesz wreszcie mi...
Czekam na kolejny rozdział ^_^